sobota, 04 maja 2013
weterynaryjne przygody - pamiętacie o nas?

 

Przypominam o tym, że przenieśliśmy się o tu: WETERYNARYJNE PRZYGODY:

Zrobiło się ciut cieplej i już w tej chwili można zaobserwować wzmożoną aktywność kleszczy. Nie dalej niż wczoraj wyciągałam krwiopijce z nad oka 12-letniego yorkshire terriera.  [...]

~ 2 MAJA 2013


Ćwiczenia z mikrobiologii to jedna wielka przygoda. Można się podpalić susząc wylany na blat alkoholem palnikiem – gratuluję rozmysłu; można rozbić szalkę Petriego z posiewem Escherichia Coli   –  tym samym wywołując u mniej odpornej części grupy biegunkę; [...]

~ 20 KWIETNIA 2013

 

Bardzo powoli wraca wszystko do normy, Ruda zaczyna się w końcu uczyć. Odechciało się jej rzucać studia. W związku z życiowym zamieszaniem chwilowo porzuciła myśl o Erasmusie, ale kto wie? Może jeszcze uratuje wyprawę do Wiednia.

~9 MARCA 2013

 

Proszę Państwa oficjalnie donoszę, że jestem w czepku urodzona… Zdałam biochemię w pierwszym terminie (przepraszam, zapomniałam, że przecież wszystko zdaję w trzecich… i czołgam się przez te studia. Oops!). Marna trójczyna, ale cieszy mnie niesamowicie, tyle wygrać... . Chwilowo zakończyłam przygodę z Zakładem Biochemii, choć przyznam szczerze, że zastanawiam się nad wybraniem endokrynologii jako jednego z fakultetów w przyszłym semestrze... .  

~ 3 LUTEGO 2013

 

A dla wszystkich przyszłych studentów Uniwersytetu Przyrodniczego przygotowałam spis wpisów bezpośrednio związanych z tą uczelnią, którą możecie znaleźć tu.

 

SERDECZNIE ZAPRASZAM POD NOWY ADRES!


14:17, raggafaya
Link Komentarze (2) »
czwartek, 11 października 2012
Zarabianie w Internecie? Da się?

Długo zastanawiałam się czy warto w ogóle zaczynać jakąkolwiek przygodę z zarabianiem w Internecie, bo przecież bloga prowadzę nie dla pieniędzy (w przeciwnym razie wybrałabym jakiś bardziej chwytliwy temat), a dla siebie. Pozycjonowaniu, pisaniu odpowiednich tekstów, zdobywaniu unikalnych użytkowników, reklamodawców ect. trzeba poświęcić naprawdę sporo czasu i chęci. Szybko doszłam do wniosku, że do nie dla mnie. Przypadkiem natrafiłam na stronę programu InCLick.pl (https://www.inclick.pl/) skierowanego do uczniów i studentów, który wydaje mi się w tej chwili być stworzony w sam raz dla mnie. W końcu przed komputerem spędzam mnóstwo czasu, dlaczego więc nie wykorzystać go na dorobienie sobie? Po krótkim biciu się z myślami, zaryzykowałam i testuję, szybko nabijając sobie punkty, które za kilka chwil będę mogła wymienić na gotówkę.  Nie trzeba wychodzić z domu, ba nikt nie każe mi opuszczać ciepłego łóżeczka, mogę pracować kiedy chcę, dla kogo chcę i wcale się nie przemęczam. Idealniej być chyba nie może.

 

Szkoda, że nie mam takich zdolności, jak niektórzy. Są bowiem tacy, którzy utrzymują się z prowadzenia blogów. Jak oni to robią? Nie mam bladego pojęcia! Magicy! Szczytem marzeń każdego jest robienie tego, co się lubi, co sprawia nam przyjemność przy jednoczesnym otrzymywaniu odpowiedniego wynagrodzenia.

 

 

Pozdrawiam Was serdecznie znad biochemii.

Animko, jak leczenie IBD u Twojej psininy? :)

 

11:45, raggafaya
Link Komentarze (5) »
czwartek, 04 października 2012
czarne chmury

jeśli wydaje Wam się, że nic gorszego nie może się Wam przydarzyć, to powiem Wam z własnego doświadczenia, że czasem jak się wali to wszystko.

Wróciłam do domu, żeby odpocząć od Lublina, a tu takie rewelacje.



Ważą się losy weterynaryjnych przygód.


Ale przynajmniej mam dobre statystyki adopcyjne. Na 6 kotów, które znalazły dom podczas wrześniowego dnia otwartego lubelskiego schroniska, trzy w świat wypchnęłam ja, o czym można przeczytać w Kurierze Lubleskim.

 

 

Pozdrawiam,

Ruda 

17:57, raggafaya
Link Komentarze (5) »
niedziela, 23 września 2012
Przedmioty na pierwszym roku UP Lublin!

Całkiem niedawno odwiedziłam bloga pielęgniarskiego [którego chętnie podlinkuję, jeśli tylko sobie przypomnę adres], który podsunął mi pewien pomysł na notkę. Każdy z nowo przyjętych studentów, bez względu na kierunek studiów, zastanawia się pewnie, jak wyglądać będą zajęcia, czego może się spodziewać po danym przedmiocie, czy znajdzie czas na coś innego niż nauka… . Nie martwcie się, jest czas na sen, na naukę, imprezy ;).  Dzisiaj przedstawię Wam spis najważniejszych przedmiotów wykładanych na pierwszym roku na NAJLEPSZYM wydziale NAJLEPSZEJ lubelskiej uczelni, które pozwolę sobie okrasić drobnym lub nieco większym komentarzem.

 

 

po więcej odsyłam tu:

16:52, raggafaya , LUBLIN
Link Dodaj komentarz »
piątek, 21 września 2012
koniec

Jeśli ktoś ma ochotę czasem czytać o perypetiach Rudej to zapraszam pod nowy adres, nie związany z dawnym życiem - znów ten patetyzm!

Wystarczyłoby pewnie pousuwać to i owo, ale Ruda, będąca człowiekiem z natury sentymentalnym, nie potrafi tego zrobić.  

Tutaj zapewne będą pojawiały się fragmenty nowych wpisów, tak żeby osoby subskrybujące weterynaryjne przygody przez blox, o ile takie są, były automatycznie informowane o nowościach.  

 

www.weterynaryjneprzygody.blogspot.com


 Na koniec akcent humorystyczny: 

 

 

Ściskam mocno, Ruda. 

12:00, raggafaya
Link Komentarze (8) »
środa, 19 września 2012
pierwsze koty za płoty czyli o tym jak Ruda zakładała szwy...

Na pulpicie zalegają pliki o zwierzęcym krwiolecznictwie, Kongresie PTNW, a Ruda jakoś wciąż nie potrafi zdecydować się na ich publikację, może dlatego, że stale pojawia się coś ważniejszego.

 

Wczoraj do gabinetu wpadli państwo z fretką na kontrolę i bardziej szczegółowe badania. Jej stan w ciągu tygodnia po podaniu leków poprawił się minimalnie – zwierzę łysiało na całym ciele. Postanowiono pobrać krew do badania (chciano zbadać poziom hormonów tarczycy – między innymi T4), w badaniu ogólnym wykryto zgrubienie w okolicy jamy brzusznej. Tchórzofretkę przygotowano do badania USG, dzięki któremu stwierdzono guz i płyn w jamie brzusznej - zmiana ta nie była wyczuwalna przy poprzedniej wizycie. Powodem wyłysienia był nie jak przypuszczano niedoczynność tarczycy, ani niedobory witaminowe (zwierzę zostało znalezione, nie wiadomo czym było żywione wcześniej), a zespół paranowotworowy. Właściciele zostali poinformowani o stanie pacjenta, polecono im zastanowić się, czy chcą walczyć o swojego podopiecznego czy od razu poddać zwierzę eutanazji. Wybrali pierwszą opcję.

Dzisiaj ci sami klienci wrócili do gabinetu z fretką, będącą na czczo. Po podpisaniu zgód na wykonanie zabiegu otwarcia jamy brzusznej i wycięcia guza lub ewentualnego wykonania eutanazji, zostawili zwierzę pod naszą opieką. Dr B., mający duże doświadczenie w leczeniu gryzoni (zarówno w internie jak i chirurgii) otworzył jamę brzuszną i po wstępnym zbadaniu postanowił wykonać zabieg eutanazji – w pobliżu żyły czczej zlokalizowane były trzy duże ogniska nowotworowe. W badaniu post mortem znaleziono szereg przerzutów odległych.

Gdyby fretka trafiła do tych właścicieli wcześniej (została przez nich znaleziona kilka tygodni temu), być może miałaby szansę na dłuższe życie. W przypadku tak złośliwych nowotworów rokowania są jednak ostrożne.

W związku z tym, że dr. B wie, że Rudą fascynuje onkologia weterynaryjna polecił jej dokładnie przyjrzeć się wszystkim znalezionym guzom, „zbadać je palpacyjnie”, po czym nakazał jej zaszyć wszystkie powłoki i przygotować zwierzę do wydania właścicielom.

 

foto własne, prezentujące coś, co powinno być szwem ciągłym. 

 

 

Dr. B: Jak na pierwszy raz nie ma tragedii! – rzucił, gdy Ruda szyła szwem materacowym - Ja zacząłem szyć na trzecim roku w klinice w Sopocie… . 

 

I tu popłynęła fala wspomnień… .

 

Ruda: Nie ma ani tragedii ani szału, a tempo żółwie... . 

Dr. A: To tylko kwestia praktyki! 

 

 

Tym sposobem, w dość przykrych okolicznościach, Ruda założyła swoje pierwsze szwy, kończąc tym samym swoją wakacyjną przygodę z weterynarią w praktyce.

 

Jutro natomiast Ruda zabiera swojego psa na kontrolę, która prawdopodobnie skończy się położeniem psa na stole operacyjnym i kolejnym wysłaniem materiału do badania histopatologicznego, tym razem z powierzchni języka. Trzymajcie za nas kciuki!

 

 

Tagi: praktyki ruda
20:06, raggafaya
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 17 września 2012
panleukopenia

Rudy, fantastyczny kot, z którym Ruda (cóż za zbieżność!) silnie się związała odszedł za Tęczowy Most, długo nienacieszył się swoim nowym domem. 

 

 

 

Sekcja zwłok wykazała, że chorował na panleukopenię, brak objawów i szybki zgon oznacza, że była to faza nadostra kociego tyfusu. 

 

Może gdyby wcześniej udało się go kilkakrotnie zaszczepić przeciwko panleukopenii... . Jednorazowe zaszczepienie jakiegokolwiek zwierzęcia nie daje nam 100% pewności, że jego organizm zacznie zwalczać patogeny! 

 

Tym bardziej Rudej żal, że włożyła ogrom pracy w jego socjalizację. Chłopak pozwalał sobie czyścić uszy, zaglądać do pyska... .  

16:48, raggafaya
Link Komentarze (3) »
niedziela, 09 września 2012
Co jest doktorku?!

A dziś Rudą, która przed dziewiątą rano zamarudziła do domu, w łóżku odwiedził Pan Pies.

 



Jego mina zdawała się mówić: Co jest doktorku?! 

Na usilne prośby Rudej: Ależ psie chodźmy spać! Zareagował arią iście operową, której znaczenia można sie tylko domyślać: Nie ma spania! Sama sobie jesteś winna, trzeba było wrócić na noc! Idziemy na dwór!

 

 

I Ruda potulnie wytoczyła się z łóżka... . 

14:11, raggafaya
Link Komentarze (2) »
wtorek, 04 września 2012
mity o tym, co powinien kupić student weterynarii na I rok studiów

W związku z tym, że Rudą zalała kolejna fala wiadomość na biologu i facebooku, dotycząca tego, co jeszcze student I roku medycyny weterynaryjnej powinien sobie kupić, postanowiła napisać Wam, czego NA PEWNO JESZCZE NIE POTRZEBUJECIE.

 

NIE POTRZEBUJESZ:

STETOSKOPU - Na pierwszym roku, podobnie jak drugim, nie zobaczysz żywego zwierzęcia na ćwiczeniach, co najwyżej na korytarzach uczelni. A jeśli jednak zobaczysz to, uwierz mi na słowo, nie będzie Ci dane osłuchiwanie go. Poza tym... stetoskopy kosztujące w granicach 30-50zł są raczej nic nie warte. Poczekajmy do klinik!

 

KALOSZY - w prosektorium krew nie leje się strumieniami, nie stoi się też w formalinie po kostki, zakryte buty - jakiekolwiek (nie ma obowiązku posiadania obuwia zmiennego) wystarczą, mogą być również sandały, czego Ruda osobiście nie poleca, bo czasem jednak odrobina wody z martwego futrzaka rozbryzguje się na podłodze. Kalosze przydadzą się i owszem później, kiedy to będziemy chadzać do obór/stajni. Nie pytajcie Rudej, kiedy to nastąpi. 

 

BLUZY/KOMPLETU MEDYCZNEGO - także są totalnie nie przydatne na pierwszym roku, na wszystkich zajęciach obowiązuje BIAŁY FARTUCH, ćwiczeń klinicznych nie ma, praktyk nie ma. Pozostaje tylko czekać aż będą nam potrzebne. 

 

W imieniu swoim i braci studenckiej z 2 roku przepraszam wszystkich, którzy dali się wkręcić w bełkotliwe zapewnienia "starszaków" o tym, czego poza fartuchami potrzebujecie :). Przyznać muszę, że za bardzo się wszystkim denerwujecie, stresujecie. Macie jeszcze wakacje, więc odpocznijcie, zamiast myśleć o studiach. To mogą być Wasze ostatnie wakacje, które spędzicie bez weterynarii nad głową, wykorzystajcie to! :))

niedziela, 02 września 2012
wreszcie...

... Ruda może ruszać kciukiem, co oznacza, że wreszcie może zacząć szyć... gicze wieprzowe. A potem kto wie? W końcu dr A, dzień przed "wypadkiem" oznajmiła Rudej, że od jutra to ona szyje po zabiegach - wprawdzie tylko skórę, ale od czegoś zacząć się powinno!

 

Z dobrych wiadomości Rudy kot ma już zaklepany dom, a czarno-biała kotka wczoraj opuściła gabinet z nowymi właścicielami. Pierwszy raz Ruda spisywała umowę adopcyjną, mówiąc szczerze pierwszy raz spisywała (nie mylić z podpisywaniem) jakąkolwiek umowę. 

 

 

 

Trochę smutno, że już wrzesień i za chwilę trzeba będzie wrócić do Lublina. Siąść do książek i zacząć się uczyć (o zgrozo! Egzamin z biochemii i anatomii!). 

Tagi: praktyki ruda
11:14, raggafaya
Link Komentarze (3) »
wtorek, 28 sierpnia 2012
z dziennika wolontariusza - czasem człowiek wysiada

Czasem człowiek czuje się zmęczony, a uczucie to potęguje spotykanie na swojej drodze idiotów. 

Bo jak inaczej nazwać ludzi, którzy zobaczywszy rudego kocura wśród malowanych łanów zbóż - tj. na wsi głębokiej - postanowili go zabrać do blisko 200 tysięcznego miasta? Sam fakt udamawiania dzikiego kocurka nie jest zbyt bulwersujący, ale zamknięcie go na siódmym piętrze w bloku... już tak. Szczytem głupoty jest natomiast zostawienie otwartych okien i wyjście z domu. 

 

BO KTÓŻ MÓGŁ PRZEWIDZIEĆ, ŻE WSIOWY BUREK POSTANOWI WYJŚĆ NA SPACER?!

 

Właściciele poczuli się w obowiązku i przywieźli go do najbliższego lekarza weterynarii (a ten będący dobrym znajomym dr. B odesłał ich do nas, bo sam nie ma jeszcze odpowiedniego doświadczenia w tzw. chirurgi twardej), na tym ich poczucie obowiązku, odpowiedzialności się skończyło. 

Łapy, jak widać na zdjęciu nie dało się ot tak złożyć, konieczna była operacja, śrubowanie czy tam drutowanie - Rudej ciężko powiedzieć, nie było jej przy tym. Dość powiedzieć, że całość imprezy zatytułowanej "Jaki śliczny rudy kot, weźmy go do miasta!" była dość kosztowna. 

I tu nastąpił nagły zwrot akcji, właściciele dowiedziawszy się, że będą musieli zapłacić za leczenie zrzekli się praw do kota. Nie przekonała ich możliwość rozłożenia płatności na korzystne dla nich raty. 

Tym sposobem gabinet "wzbogacił" się o 4 już kota, a Ruda kolejnego podopiecznego, którym musi się opiekować. Świątek, piątek czy niedziela do gabinetu trzeba maszerować nakarmić kociarnie, uprzątnąć kuwety, podać leki/kroplówki, "wymiziać". 

 

W tym wszystkim tylko kota żal. Kota, który mógłby sobie teraz polować na polne myszy, a musi siedzieć w klatce... z drutem w jednej z tylnych łap. 

niedziela, 26 sierpnia 2012
historia z SORem w tle - część druga

Druga część, jakże mrożącej krew w żyłach historii, miała zostać opublikowana wcześniej, niestety z przyczyn niezależnych od Rudej stało się inaczej. Obsuwa wiąże się oczywiście z ciekawymi przypadkami w gabinecie, które zamierza tu opisać ku przestrodze i pokrzepieniu serc. 

Wróćmy może jednak do nieszczęsnego palca, który obecnie pokrył się wszystkimi odcieniami zieleni i fioletu, a którego paznokieć trzyma się na przysłowiowe słowo honoru. Rudej nie pozostało nic innego, jak tylko nadać mu imię i serdecznie go pożegnać. Jakkolwiek, cofnijmy się w czasie... . 

 

Kiedy Ruda wsiadła do tego nieszczęsnego samochodu, zapięła pas, z jej oczu popłynęły łzy. Nerwowo przeszukiwała portfel w celu zalezienia karty NFZu (nie wiem, jak jest w innych regionach, ale Śląsk ma swoje plastikowe karty;)). No nie było. Brat sprawdził, nie ma, a być powinna. Wpadłszy do domu, wywaliła wszystkie teczki z dokumentami, wszystkie zeszyty do góry nogami i usiadła załamana, zalana łzami na łóżku. "No, nie ma! Nie ma i nie będzie!" - pomyślała, choć może ciut mniej kulturalnie. Zbiegła po schodach, wsiadła do samochodu i ruszyli na SOR mimo braku karty. Okazało się, że na Śląsku nie jest problemem brak karty czy zaświadczenia od pracodawcy rodziców, że jest się ubezpieczonym, wystarczy legitymacja studencka, w Lublinie musiałam się wykłócać o zarejestrowanie mnie do lekarza! 

Wiekowa pani recepcjonistka zabrała moją legitymację i dowód osobisty, a potem zniknęła nie wiadomo gdzie. Ruda wysiedziała się ponad godzinę w poczekalni, zanim trafiła przed oblicze młodego, przystojnego lekarza. Uroda była zdaje się jego jedyną wielką zaletą. Przeprowadził wywiad, na wieść, że najpierw rozcięła sobie palec ampułką, a potem przytrzasnęła sobie palec drzwiami i śmie prosić o antytoksynę tężca, przewrócił oczami, po czym odezwał się słowami: 

 

- Była Pani szczepiona 2 lata temu, szczepienie jest ważne 10lat, Pani się tak urządziła w gabinecie weterynaryjnym! Tężec przenosi się przez brud!

 

Rudej nie udało się wytłumaczyć, że czysty gabinet, sterylna sala operacyjna to jedno, a zabłoceni pacjenci to drugie. Palca stłuczonego obejrzał, rozciętym nie zainteresował się wcale, za to zainteresował się koszulką Rudej (koszulką wydziału Medycyny Weterynaryjnej UP w Lublinie).

 

- Pani pracuje ze zwierzętami? - po chwili zaś dodał - To chyba nie jest Pani najszczęśliwszy dzień, niech Pani wróci ze szpitala prosto do domu, położy do łóżka i obłoży poduszkami. Niech się Pani broń Boże nigdzie już dzisiaj nie rusza!

 

Na to pytanie Ruda wstała, odwróciła się doń plecami, co nie było zbyt kulturalne, ale w dalszym ciągu paluch ją napieprzał równo, ukazując olbrzymie logo: 

źródło: http://www.weterynaryjne-pogotowie.pl/

 

Wysłał na RTG. Zdjęcie obejrzał, Rudej pokazał i nagle zapytał, czy przypadkiem ten rozcięty nie powinien być zszyty. 

 

-Panie doktorze - rzekła Ruda - gdyby nadawał się do szycia, to już byłby zszyty.

-Ah tak, faktycznie! * Wie Pani, jak się Pani znudzi, to zapraszam, w celu obejrzenia prawdziwego zwierzyńca, na SOR w sobotnią noc. 

 

Tu nastąpiła pogawędka o tym, gdzie Ruda studiuje, dlaczego tak daleko, padło też stwierdzenie, że Lublin to dziura (wybacz mi Lublinie, ale taka prawda!). Palec polecił mi smarować Liotonem1000 (mhm!), trzymać wysoko i stosować okłady z lodu. 

 

-Będzie boleć. - zażartował na koniec.

 

Rozcięty palec w ślimaczym tempie się zrastał, kciuk pokrył się pięknym, głębokim fioletem (krwiak wylewa się spod płytki paznokciowej), heparyna zalecona przez lek. meda z SORu pomogła tylko na krwiaki z dłoniowej powierzchni palca. Dr. B. zbulwersował się tym, że nie zostałam zaszczepiona, polecił mi obserwować palucha, a gdyby mi puchł, coś się z niego sączyło, albo cokolwiek innego, co wiąże się z procesem zrastania, polecił jechać z powrotem do lek. meda, a gdyby w dalszym ciągu nie chciał podać antytoksyny to do Szpitala Chorób Zakaźnych czy jak on się tam nazywał. Całe szczęście wycieczki przez pół GOPu nie trzeba było robić. 

 

Obecnie wszyscy, którzy spotykają Rudą rechoczą z niej co niemiara. Dziś na przykład, gdy spotkała dr. W. ten zapytał: 

- Palce Cię przypadkiem nie bolą?!

 

Zaprawdę, bardzo śmieszne! Bardzo śmieszne!

 

*Tu zaczął się wywód, że w sumie co za różnica czy kot, czy człowiek. Dyskusja trwała, a wypis się wypisywał. 

 

NIEFAJNY JEST TYLKO CZAS OCZEKIWANIA NA PRZYJĘCIE W SZPITALNYM ODDZIALE RATUNKOWYM. Robienie sobie przerw co rusz to nie jest dobry pomysł, IMHO.

13:39, raggafaya
Link Dodaj komentarz »
środa, 22 sierpnia 2012
historia z SORem w tle.

W sobotę do gabinetu wpadli państwo z psem razy Alaskan malamute, którego prawe jądro powiększyło się do monstrualnych rozmiarów (było mniej więcej wielkości grejpfruta). U 10 letniego samca w badaniu wykryto atrofie drugiego jądra. Właściciele umówili się na zabieg usunięcia chorego jądra i tak o to wczoraj na stole leżał u nas przepiękny samiec, dający niesamowity popis wokalny. Doktor uprzedził zarówno personel jak i właścicieli, że alaskany z reguły źle reagują na znieczulenie. Wyją także podczas wybudzania. I faktycznie, wysłuchaliśmy niezwykłego koncertu.

 

W tak zwanym między czasie Ruda została poproszona o przygotowanie 1cm Relanium. Szybko oddaliła się więc do odpowiedniej szafki (narkotyki trzymane są pod kluczem), wyjęła ampułkę z nowego opakowania, odpowiednio złapała i… trach z palca trysnęła fontanna krwi.

źródło foto: http://www.niepelnosprawni.pl/

I.BEIJES

 

Okazało się, że użyła zbyt małej siły, żeby całkowicie złamać szyjkę ampułki. Lek przekazała drugiej dziewczynie, wraz ze strzykawką – praktykantka z klasy maturalnej, nigdy nie nabierała innego leku niż Penicilina*, a sama udała się do łazienki tamować krwawienie, po drodze znacząc wszystko na czerwono. Pozwoliła przez chwilę skapywać krwi do umywalki. Ucisnąwszy, dość płytką, ranę palca wskazującego prawej ręki wróciła do gabinetu, gdzie młoda zmagała się z ampułką. Ruda nabrała lek, podała go lekarzowi, który zaraz po podaniu dożylnym Relanium pacjentowi zajął się palcem Rudej:

 

- 10 minut ucisku i ściągasz. - rzucił dohtor

- Jasne.

 

Po 10 minutach okazało się, że Ruda krwawi dalej. Było to już na Sali operacyjnej. Ruda z drobną pomocą młodej zawinęła sobie palec po raz drugi, niestety w niecałe 10 minut później z siniał.

 

-Nie jest Ci słabo? – zapytała dr A.

- Nie, a dlaczego miałoby mi być słabo? – odparła Ruda

 

 

Szybko ściągnięty opatrunek, ponowne oczyszczenie rany i założenie lżejszego.

 

 

- Łe, taka pierdoła, szyć nawet nie trzeba, ale pojedź sobie do Biskupic, tam Cię zaszczepią przeciwko tężcowi.

 

Krew przestała cieknąć, w między czasie przyjechał brat ze słoikiem, w które zostało zapakowane jądro psa (zalane formaliną), a które trafić ma do histopatologa w celu zbadania z jakim nowotworem mamy do czynienia (najczęściej są to nasieniaki i sertoliomy czyli guzy z komórek Sertoliego** GDYBY KTOŚ CHCIAŁ ZOBACZYĆ JAK WYGLĄDAŁO OWE JĄDRO WYSTARCZY WPISAĆ W GOOGLE GRAFIKA: SERTOLIOMA). Ale to nie był koniec przygód Rudej! W końcu jakoś na SOR trafić musiała.

Brat zadzwonił z wiadomością, że czeka ze słoikiem pod gabinetem, Ruda w podskokach więc do niego pobiegła, przez chwilę z nim porozmawiała, zabrała słoik i wysiadając… przytrzasnęła sobie kciuka lewej ręki. Nie pytajcie, jak to zrobiła, bo sama nie ma pojęcia… dość powiedzieć, że palec znajdował się w samochodzie, przy zamkniętych drzwiach, a Ruda nie mogła ruszyć w stronę gabinetu. Położyła więc słoik (położyła, nie rzuciła! To się nazywa opanowanie!) na chodniku i delikatnie zaczęła otwierać drzwi, licząc na to, że palec będzie w jednym kawałku.

Był! Ale ból był niemożliwy, Ruda dosłownie zgięła się w pół i przez dobrą minutę bardzo głęboko oddychała. Podniosła słoik z ziemi i jak gdyby nigdy nic weszła do poczekalni. Zastukała do gabinetu (poczekalnia była zapchana pacjentami), położyła gdzieś słoik, wbiegła do laboratorium, ściągnęła bluzę, założyła koszulkę i wyleciała jak z procy z powrotem do samochodu, po drodze zgarnęła torbę z dokumentami i porozmawiała z młodą o tym, co jeszcze powinna dzisiaj w gabinecie zrobić. Rzuciła dohtorowi, że leci z palcem na SOR i tyle ją widzieli.

Zanim jednak odjechali zaczęli we dwójkę, Ruda i jej brat, przetrzepywać portfel w celu znalezienia karty NFZu – bez dowodu ubezpieczenia nie ma sensu jechać do szpitala z taką ‘pierdołą’. I tu odezwało się Prawo Murphego, karta zawsze była w portfelu między dowodem a kartą euro26, tym razem jej nie było. Pojechali więc do domu, Ruda już wyła z bólu, a jest typem raczej na ból odpornym, gdzie Ruda wysypała wszystkie dokumenty na podłogę… . Karta wyparowała!

 

C.D.N 

 

*trochę inaczej nabiera się lek z ampułki niż z normalnego „słoiczka”, poza tym sam fakt nabierania narkotyku jest stresujący.

** komórki Sertoliego to komórki podporowe budujące ścianę kanalika krętego (nasiennego) jądra, znajdują się pomiędzy komórkami plemnikotwórczymi, ich zadaniem jest regulacja procesu spermatogenezy po przez wytwarzani szeregu substancji, tworzą także barierę krew-jądro.

wtorek, 14 sierpnia 2012
Szara Przystań

 

baner

"Szara Przystań to miejsce, z którego elfy rozpoczynały podróż do swojego prawdziwego domu. Do krainy zwanej Valinor, gdzie miały żyć wiecznie i szczęśliwie. Opuszczały świat zagrażający im postępującą cywilizacją, nietolerancyjnymi ludźmi. Opuszczały świat, w którym czuły się niechciane i do którego nie pasowały. 

Zwierzęta, które zobaczysz na tej stronie są właśnie takimi elfami. 

Świat im nie sprzyjał, nie miały szczęścia, nie doznały miłości, niektóre z nich zostały bardzo skrzywdzone przez ludzi. Część z nich była po prostu niechciana. Zostały wyrzucone lub oddane do schroniska, bo człowiek traktował je, jak nic nieczujące istoty, postępował lekkomyślnie i nie liczył się z konsekwencjami. 

Wszystkie szukają swojego szczęśliwego miejsca na Ziemi, chcą wreszcie poczuć się bezpieczne i kochane. 

One są naszymi elfami, a my ich Szarą Przystanią, do której przybywają, by się uchronić od strasznej schroniskowej lub ulicznej rzeczywistości, aby odzyskać siły na podróż do swojego prawdziwego domu. Gdzie czeka je szczęście, miłość, pełna miska i własne miejsce, aż po kres ich dni. 

Pamiętaj! Bierzesz odpowiedzialność za życie swojego pupila, adoptując go.
Musisz być jego opiekunem i przyjacielem.
Musisz kochać go bez względu na wszystko.
Musisz chcieć mu pomóc.

Zwierzę nie ma spełniać Twoich oczekiwań i kaprysów, ono jest takie, jakie jest i to Ty musisz to zaakceptować. Nie może być zachcianką, a tym bardziej zabawką. " 



 Fundacja Pomocy Zwierzętom Bezdomnym "Szara Przystań"

Zabrze , 41-800
Ul. E. Czogały 9

KRS : 0000288303
NIP: 648-264-54-76
IV od. PKO BP SA w Zabrzu 27 1020 2401 0000 0202 0240 5868
http://www.szara-przystan.pl/

 

 //źródło tekstu i banera: strona Fundacji Szara Przystań//

poniedziałek, 13 sierpnia 2012
wege... fanatycy

Ruda musi przyznać, że wyrosła już z rozmów z prawdziwymi katolikami, którzy nie znajdują żadnych logicznych argumentów, którzy nie mają pojęcia o polityce kościoła (o tym jak rączka rączkę myje i całej reszcie), ale wyrosnąć z rozmów z wegefanatykami (nie mylić z WEGETARIANAMI!) nie może. 

 

Taki nałóg... . Lubi patrzeć jak im piana z ust cieknie, kiedy ktoś nie zgadza się z ich poglądami lub co gorsza stwierdza, że lubi mięso, jak Ruda. I uwielbia ich argumentację, z początku racjonalną, która wraz z trwaniem dyskusji zmienia się w agresywny bełkot. 

 

Hitem dzisiejszej jest argument traktujący o skali zanieczyszczenia środowiska, którego źródłem są pastwiska/czy ogólnie ujmując hodowle zwierząt tucznych. Moi drodzy pamiętajcie nawożenie roślin, zwiększające plony, zmniejszające zachwaszczenie, zwalczające grzyby, bakterie i wirusy, nie wywołuje żadnego wpływu na środowisko!

 

Obiecuje solennie omijać wegefanatyków, katolików w moherowych czapeczkach i całą resztę zaślepionych jakąkolwiek ideą. Albowiem rozmawiać z nim NORMALNIE nie można. 

 

Ruda, 

prowokatorka

19:53, raggafaya
Link Komentarze (10) »
sobota, 11 sierpnia 2012
WorldWideVet - przygoda w Azji

Zastanawialiście się kiedyś, jak wygląda praca lekarza weterynarii poza granicami Rzeczpospolitej Polskiej? Ruda była i jest cholernie ciekawa, dlatego polecałam Wam bloga Natalii (studentka SGGW, której pasją są zwierzęta wolnożyjące), a teraz polecić pragnie Wam bloga Grzegorza (absolwenta wrocławskiego Uniwersytetu Przyrodniczego). 

 

foto Grzegorz Pełka (autor polecanego bloga)

 

Jak WorldWideVet (czyli Grześ) znalazł się w Tajlandii? 

Najnormalniej w świecie! Znalazł ogłoszenie Gemmy Ashford na popularnym portalu społecznościowym, na które odpisał ... jakiś czas później wsiadł w samolot i poleciał. Dopiero z początkiem października wróci do Polski z milionem kolorowych wspomnień, którymi już w tej chwili dzieli się z Nami. 

Od lipca jest wolontariuszem w  Baan Unrak Animal Sanctuary w Sangkhlaburi. Jest jedynym lekarzem weterynarii w promieniu czterech godzin jazdy samochodem. Brzmi obiecująco, prawda? 

 

Po tym przydługim i jakże nudnym wstępie nie pozostaje nic innego jak tylko zaprosić Was w gościnę do 

WorldWideVet,


który lepiej opowie o tym, czym się zajmuje. W końcu to On, nie Ruda, wyjechał na koniec świata! 

 

wtorek, 07 sierpnia 2012
Po ciężkim dyżurze...

 

psu należy się nagroda w postaci cielęcej kości miednicznej 

 

 

Usilnie odchudzamy psa. 90gram suszu + mięso z puchy (autentycznie polecam produkty Animody, nie ma w nich ani grama galarety, samo mięso!). Z prawie 19kg zeszliśmy do 17,4kg (ważony dzisiaj). Pies chudnie, ale Ruda nie (ale też nie tyje!). Im lżejszy będzie, tym lepiej dla niego i dla nas (w szczególności jeśli łapę trzeba będzie odjąć). 

Guz, z łopatki (brak komórek nowotworowych, histopatolog w pobranej biopsji znalazł tylko komórki tłuszczowe), od kwietnia nie urósł. Stale ma 5cm, co 2 tygodnie jest mierzony. Jeśli zacznie się powiększać Ruda zawlecze psa na kliniki do Wrocławia (do dr. Hildebranda). Póki co jest pod stałą kontrolą dr. B., któremu Ruda ufa, jak nikomu innemu. 

17:55, raggafaya
Link Komentarze (4) »
sobota, 04 sierpnia 2012
Panacur we włosach...

... potargał wiatr. 

 

panacur pasta

Panacur - środek odrobaczający.

 

Bardzo miły kotek - ze świerzbowcem usznym - postanowił większą część podanego mu leku wypluć wprost na mój uniform, włosy... . Trzeba przyznać, że chłopak miał gest. 

 

Bardzo mili państwo, którzy codziennie z psicą przychodzą na kroplówkę (dziewucha walczy z ostrym zapaleniem wątroby, na szczęście wraca jej apetyt!), zgodzili się na to, żebym podawała jej leki. To strasznie miłe, kiedy ktoś mówi: Proszę, nie ma problemu, niech Pani ćwiczy. 

wtorek, 31 lipca 2012
Hity stulecia!

No dobrze! Hity praktyk/stażu/wolontariatu*

 

DrW: B. chcesz dokończyć ten ogon? 

B: *pytający wzrok*

DrW: Założysz jeszcze kilka pojedynczych szwów, wiesz taka plastyka, żeby kot nie straszył brzydkim kikutem.

B: Ale ja nigdy nie zakładałam szwów...

DrW: Jak to?! Ja myślałem, że Ty tu cerujesz przy zabiegach... 

/Ruda szwów nie zakładała, w życiu w rękach nie trzymała imadełka z nicią chirugiczną w rękach i szczerze mówiąc wolałaby swoje pierwsze szwy zakładać na zwierzu martwym, a najlepiej na świńskiej łapie zakupionej w mięsnym./

 

Z dedykacją dla Animki!

suczka rasy beagle - waga 32kg

(ponad 2 razy więcej niż maksymalna waga, jaką pies tej rasy powinien osiągnąć, według wzorca FCI) - strzeliło jej więzadło krzyżowe w kolanie. Ciekawe, kiedy wróci do nas na artroplastykę drugiego stawu. Can't wait!






*w zależności od tego jak bardzo Ruda podpadnie dohtorowi nazywana jest stażystką (jak można się domyśleć, gdy Ruda jest nazywana stażystką fruwa pod sufitem!), praktykantką, wolontariuszką. 

niedziela, 29 lipca 2012
Promocja trwa!

PSIA-MAĆ.PL

 

Czym jest pseudohodowla?

Pseudohodowla to uogólniając fabryka szczeniąt, nastawiona na zysk zamiast na dobro danej rasy, a przede wszystkim psów. Zwykle jest to ‘hodowla’, która oferuje psy nie rodowodowe*,  niestety  podobnych uchybień i zaniedbań można dopatrzeć się, w niektórych hodowlach Związku Kynologicznego w Polsce (organizacji uznanej przez FCI). Na szczęście w ZKwP występują mechanizmy, o których nie będę pisać w tej chwili, w które w jakimś stopniu blokują „przekwalifikowanie” suki hodowlanej w maszynkę do rodzenia szczeniąt i zarabiania pieniędzy. Nie to jednak, podobnie jak kwestia rasowy=rodowodowy, jest celem moich dzisiejszych rozważań.

*rodowód jest to dokument potwierdzający pochodzenie danego zwierzęcia.

Masowa wylęgarnia, gdzie pies wytwarzany jest taśmowo i sprzedawany hurtowo w promocyjnej cenie. Wyeksploatowane psie matki to zwykle odpad poprodukcyjny. Zaniedbane, głodne, zastraszone i chore, eksploatowane po kres życia, umierają w haniebnych warunkach. PSIA-MAĆ.PL

zdjęcia z fanpage projektu.

Niska cena za zwierzaka powinna Was zastanowić. Jak w 500zł za szczenię może zmieścić się zwrot kosztów utrzymania suki i samego szczenięcia? Spójrzmy na to racjonalnie samo odrobaczenie matki to koszt 5-14zł/kg masy ciała, szczepienie przeciwko wściekliźnie to koszt, w zależności od gabinetu, 25-50zł, szczenięta w pierwszych miesiącach życia należy trzykrotnie zaszczepić przeciwko nosówce i tak dalej i tak dalej. Do tego dochodzi koszt odpowiedniej karmy dla suki w czasie ciąży i karmy dla szczeniąt + monitorowanie stanu ciąży przez lekarza weterynarii, ewentualna jego ingerencja chirurgiczna (cesarskie cięcie) i koszty rosną... . Jeśli to Was nie przekonuje to pozwolę sobie przekleić mój post z fanpage PSIA MAĆ! Nie kupuj od pseudohodoców

"Wczoraj do gabinetu przyszli młodzi ludzie, którzy za 50zł odkupili suczkę, która podobno (!) była szczepiona i podobno miała mikrochip. Książeczki zdrowia nie stwierdzono, podobnie mikrochipu. Sunia podobno miała dwa lata, przy czym orientacyjne ustalenie wieku po zębach nie było możliwe. Siekacze do usunięcia, grzybica skóry, sutki do ziemi, wychudzona, świerzbowiec uszny, lista schorzeń/problemów nie ma końca. A wszystko to dlatego, że rodziła cieczkę w cieczkę, w żałosnych warunkach, bez odpowiedniej opieki... . Chwała panu, że trafiła na takich ludzi, którzy uratowali ją od niechybnej śmierci. A w ogłoszeniu pani twierdziła, że psy chowane są w warunkach idealnych... ." 


Czym jest Psia Mać?

PSIA MAĆ to projekt społeczny mający na celu popularyzację adopcji zwierząt oraz poprawę warunków życia psów w Polsce po przez zmianę ludzkiej mentalności dotyczący odpowiedzialnego ich nabywania.

 

 

W imieniu swoim, zespołu PSIA MAĆ i wszystkich, którym los zwierząt nie jest obojętny, zapraszam do zapoznania się z projektem.

 

 

 

poniedziałek, 23 lipca 2012
a co jeśli...

... Ruda kompletnie nie nadaje się na lekarza weterynarii? 

 

Diagnoza: za miękkie serce (oczy jej się pocą przy eutanazjach, chciałaby przygarnąć wszystkie boroki, które ludzie podrzucają na leczenie, mogłaby mieć nawet kota trójłapkowca.) 

 

Naprawdę weterynaria to kawał ciężkiego chleba. 

10:47, raggafaya
Link Komentarze (6) »
środa, 18 lipca 2012
Wszystko, czego potrzebujesz na pierwszy semestr...

... weterynarii w Lublinie.

W związku z tym, że skrzynkę pocztową zalewają Rudej powiadomienia o kolejnej nowej prywatnej wiadomości z forum.biolog.pl, Ruda postanowiła odpowiedzieć na zadawane jej pytania tutaj. Dlaczego? Wszystkie pytania się powtarzają i dotyczą oczywiście kwestii związanych ze studiowaniem weterynarii w Lublinie.

Zaczniemy od tego, czego potrzeba na pierwszy semestr potem ewentualnie zajmiemy się innymi kwestiami albo i nie :). Pominęłam przedmioty, które prowadzone były bez podręczników lub gdy prowadzący nie sugerował żadnego (wtedy tylko przed referatami i egzaminem siedziało się w czytelni, tak było np. z Ochroną Środowiska)

Jeśli będziecie kupować książki od starszych roczników to róbcie to z głową. Niektórzy usiłują wcisnąć pierwszakom książki z biblioteki (sprawdźcie czy nie ma kodów kreskowych na pierwszych kilku stronach/okładce i pieczątek).

Biologia:

  1. Dobrowolski, Klimaszewski, Szelęgiewicz – Zoologia (wielgachna cegła, warto sobie wypożyczyć)

Biologia komórki:

  1. Alberts – Podstawy biologii komórki
  2. Kilarski – Strukturalne podstawy biologii komórki

 

Chemia:

Po chemię odsyłam tu: http://www.biochfiz.up.lublin.pl/bioch/index.php?id=book + podręczniki z LO. 

Przedmioty, które wykładane są przez dwa semestry:

Anatomia:  

  1. Popesko – Atlas anatomii topograficznej zwierząt domowych/Koenig&Liebich Atlas anatomii zwierząt domowych (mnie Popesko nie przekonywał w ogóle, z ‘Niemcem’ dogaduję się dużo lepiej. Popesko jest dostępny w bibliotece, nie mam bladego pojęcia czy uczelnia zakupiła jakiegoś Koeniga. Warto jakiś atlas sobie pozyskać – nie ważne czy wersję elektroniczną czy papierową.)
  2. Lutnicki – Zarys osteologii zwierząt domowych (Książka, z której zdaje się pierwsze kolokwium. O ile pamiętam to książka liczyła ponad sto stron, a zaliczenie odbyło się w okolicy 25 listopada. )
  3. Marian Chomiak, Stanisław Flieger, Mieczysław Lewandowski - Układ nerwowy obwodowy zwierząt domowych  (warto sobie wypożyczyć)
  4. Kałużniacki J., Milart Z. – Mięśnie i połączenia kości konia (podręcznik wiodący z miologii i artrologii – przyda się też w drugim semestrze; przed sesją zimową czeka was zaliczenie z kończyny piersiowej)
  5. Kałużniacki J., Wilkus E. – Układ naczyniowy krwionośny konia i psa (w życiu nie zajrzałam do tej książki, nie wiem czy warto ją wypożyczyć)
  6. Krysiak – Anatomia zwierząt, tom I (bardzo fajnie się czyta, przydaje się przy splanchnologii, jako uzupełnienie ww.)

Histologia i Embriologia:

  1. Wykłady z embriologii (warto chodzić i pilnie notować, wtedy nie trzeba zaglądać do żadnej książki + jeśli jest się na liście obecności to dostaje się dodatkowy termin egzaminu z embriologii tzw. Termin zerowy. Jeśli zaliczy się „zerówkę” to ma się łatwiej w czerwcu i zdaje się tylko egzamin z histologii, który obiektywnie rzecz ujmując jest najtrudniejszym egzaminem w sesji letniej)
  2. Kuryszko, Zarzycki – Histologia zwierząt (Był moim podstawowym źródłem histologicznym)
  3. Wawrzyniak – Ćwiczenia z histologii/Przewodni do ćwiczeń z histologii (nie pamiętam, jak nazywał się ten skrypt. Mnie się z niego źle uczyło, uważam też, że jest tam dużo za mało informacji.)
  4. Sawicki – Histologia (Podręcznik dla studentów medycyny, traktowałam go jako uzupełnienie i poszerzenie wiedzy. )
  5. Jakikolwiek atlas histologiczny lub zdjęcia preparatów (trzeba się opatrzeć ze szkiełkami, żeby zdawać kolokwia w pierwszych/drugich terminach, kolejny czyli trzeci to już audiencja u prowadzącego – jednego z trzech. Rada na przyszłość, jeśli przypadnie wam w zaszczycie pójście do pani profesor to nie idźcie na pałę)

 

CO POZA KSIĄŻKAMI?

Jak możecie się domyślać, sporą część czasu będziecie spędzać w Sali prosektoryjnej, dlatego też musicie zaopatrzyć się w:

  1. Rękawiczki jednorazowe (najlepiej kupić sobie od razu paczkę stu sztuk, w zależności od waszych preferencji lateksowe, winylowe, nitrylowe – białe lub niebieskie. Pełna dowolność. Byle by wam było wygodnie)
  2. Trzonek do skalpela numer 4
  3. Skalpel (czyli nożyk, to można kupić nawet w kiosku naprzeciwko wydziału, ale panowie się cenią – nożyk zdaje się 1zł, rozsądniej jest tuż po rozpoczęciu roku skrzyknąć się jakąś grupką/stołem i kupić całe opakowanie nożyków)
  4. Biały fartuch (a najlepiej dwa. Jeden do prosektorium, a drugi na salony :) to jest na chemię, histologię i całą resztę przedmiotów, na  które bez fartucha nie wpuszczają lub wpuszczają bardzo niechętnie)

 

piątek, 13 lipca 2012
z pamiętnika wolontariusza (1)

Wyjątkowo spokojnie dzisiaj było. Kiedy tylko Ruda przekroczyła próg Gabinetu, dowiedziała się, że Piracik (kotek bez oka) przeniósł się za Tęczowy Most. Kocurek miał lepsze i gorsze dni, podczas lepszych jadł samodzielnie, podczas gorszych trzeba było mu podawać glukozę pozajelitowo. Po odjęciu oka jego stan się poprawił, a w ciągu ostatnich dwóch dni ..., chłopak przestał walczyć, podawane mu leki przestały działać. Wczoraj dostał silniejsze, z zastrzeżeniem, że jeśli jego stan nie ulegnie zmianie, trzeba będzie go uśpić. Piracik zwany też Tygryskiem odszedł od nas w nocy, poddał się. Jego czarny brat jest osowiały, smutny, nie chce się bawić. Zwierzaki jednak wbrew obiegowej opinii nie są tak infantylne, jak się nam wydaje. Ruda myśli, że Czarny Pan doskonale zdaje sobie sprawę, co stało się z jego bratem. 

 

O 12 zaczął się zabieg ortopedyczny owczarka niemieckiego - psa policyjnego. Nie będę przytaczać szczegółów, bo ani mnie (jeszcze) ani wam nic nie powiedzą. Dość powiedzieć, że psy pełniące taką służbę nauczone są pewnych zachowań wobec obcych, dlatego też psiński został zapakowany w kaganiec zanim zaczął wybudzać się z narkozy - dla naszego bezpieczeństwa. A potem, jak już Ruda zakuła Aksona w piękny fizjologiczny kaganiec, została z nim sam na sam (trzeba przyznać, że to niezwykle karny pies) i założyła mu pierwszy w swoim życiu opatrunek. Nawet na kursie pierwszej pomocy nie uczyła się bandażowania ('chustowaliśmy'), stąd też wydaje się jej, że jak na pierwszy raz, nie wygląda to najgorzej. Zresztą sami oceńcie:

niedziela, 08 lipca 2012
pierwszy tydzień praktyk

 

"Szybko łapiesz. W te wakacje zrobimy z Ciebie technika, a potem zobaczymy..."

Dr. B

 

 

Wiecie, nie mogę się doczekać, kiedy złożę Przyrzeczenie Lekarza Weterynarii, póki co pretenduję, co widać wyżej, do otrzymania miana, oczywiście nieoficjalnego, technika weterynarii. O ile kwestie związane z biurem, tj. wypełnianie książeczek zdrowia, formularzy paszportowych, zeszytów z fakturami (i wprowadzanie ich do systemu), podobnie jak obsługa Kliniki XP, nie stanowią dla mnie problemu, tak wzdrygam się przed robieniem iniekcji. 

 

Tagi: praktyki ruda
14:25, raggafaya
Link Komentarze (10) »
czwartek, 05 lipca 2012
spadochroniarze i dziurawe koty

Dziś już czwarty dzień praktyk. Po całym dniu na nogach, szorowaniu klatek (chwała Panu, że nie ma ich zbyt wiele), "chirurgi", bieganiu między blokiem a gabinetem w celu przyniesienia odpowiednich leków i podania zwierzakom (anestetyki podają lekarze) Ruda jest wypompowana jak dętka z koła, które złapało gumę. Ale warto! Po stokroć warto! Nawet pomimo tego, że w przerwie na śniadanie/obiad trzeba lecieć na pocztę wysłać pocztę do Izby Lekarsko-Weterynaryjnej, Powiatowego Lekarza Weterynarii czy TOZu, czasem zdarza się, że w tych chwilach musi czyścić jeansy z krwi. Jakie to ma znaczenie, kiedy pomyśli się o artroplastyce stawu kolanowego? Ruda odpowie za Was: ŻADNE!

Są oczywiście chwile, gdy w poczekalni od paru godzin nie było żadnego pacjenta. Na szczęście coraz rzadziej, nie ma czasu na nudę. Ruda już bezbłędnie orientuje się w lekach przeciwzapalnych, igłach, strzykawkach i innych cudach wiankach. Fantastyczna sprawa!

Pewnie zastanawiacie się skąd tytuł? Otóż dla totalnego laika podawanie zastrzyków podskórnych żywym (znieczulonym podaje się łatwo, zwierz leży, nie rusza się, ani Cię to nie ugryzie, ani nie pociągnie pazurem po ręce.), wierzgającym, a czasami nawet spokojnie leżącym zwierzakom nie jest łatwe. Człowiek chciałby szybko, żeby nikogo nie męczyć, a tu skóra z rąk leci, strzykawka się przyssała i zablokowała, no wszystko idzie nie tak. Pacjentom, którzy wpadają do gabinetu z jakimś problemem Ruda zastrzyków nie podaje, bo tak jest bezpieczniej dla niej i pacjenta, ale... jakiś czas temu doktor przyniósł nam dwa kociaki, które znalazł u siebie na osiedlu. Maleństwa razem, wczoraj po napompowaniu wodą, ważyły trochę ponad 700gram. Na zmianę z doktor A szprycujemy je kroplówką i uwierzcie odwodnionego, gdzie skóra jest mało elastyczna, małego kota, mieszczącego się w dłoni, łatwo jest przedziurawić. Koty z pewnością znienawidzą Rudą za tę "krzywdę", którą im wyrządza. Wojna wymaga jednak poświęceń. Dlaczego wojna? Bo jeden jest naprawdę w kiepskim stanie, jest słaby (ale w odróżnieniu od swojego ZDROWEGO brata je samodzielnie!), z martwym okiem, które należy jak najszybciej usunąć, a czego zrobić nie można, zanim nie zostanie odpowiednio nawodniony. Walczymy i my i one. Ruda ma nadzieję, że uda się uratować oba. Gdyby ktoś chciał czarnego kocurka albo zwykłego pręgowanego dachowca bez oczka, dajcie znać. 

 

A na koniec mały apel do właścicieli kotów. Jeśli wychodzicie z domu na dłużej to zamykajcie okna, nie zostawiajcie ich uchylonych, jeśli chcecie mieć je otwarte to zabezpieczcie je odpowiednią siatką. Chyba, że chcecie szukać kota kilka pięter niżej. W ostatnim czasie widziałam persa z drutowaną łapą, którego w dalszym ciągu nikt odpowiednio nie pilnował i zamiast fikać sobie bez opatrunku, będzie pomykał przez najbliższe dwa tygodnie w szynie. albo kotka, która wyskoczyła z 4 piętra, NA SZCZĘŚCIE skończyło się tylko na potężnym złamaniu podramienia. 

 

Czas na szybki prysznic i do pracy!

PS. przepraszam za notkę pisaną na kolanie, niespójności i chaos, kiedy wracam wieczorem z gabinetu mam tylko krótką chwilę na zjedzenie 'obiadu', ogarnięcie się i pójście biegać, a po biegach jestem wypompowana i zanurzam się w świat Teda i Barneya. 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
Tagi
Tutaj zawartość trzeciej szpaltyNajlepsze Blogi