wtorek, 28 sierpnia 2012
z dziennika wolontariusza - czasem człowiek wysiada

Czasem człowiek czuje się zmęczony, a uczucie to potęguje spotykanie na swojej drodze idiotów. 

Bo jak inaczej nazwać ludzi, którzy zobaczywszy rudego kocura wśród malowanych łanów zbóż - tj. na wsi głębokiej - postanowili go zabrać do blisko 200 tysięcznego miasta? Sam fakt udamawiania dzikiego kocurka nie jest zbyt bulwersujący, ale zamknięcie go na siódmym piętrze w bloku... już tak. Szczytem głupoty jest natomiast zostawienie otwartych okien i wyjście z domu. 

 

BO KTÓŻ MÓGŁ PRZEWIDZIEĆ, ŻE WSIOWY BUREK POSTANOWI WYJŚĆ NA SPACER?!

 

Właściciele poczuli się w obowiązku i przywieźli go do najbliższego lekarza weterynarii (a ten będący dobrym znajomym dr. B odesłał ich do nas, bo sam nie ma jeszcze odpowiedniego doświadczenia w tzw. chirurgi twardej), na tym ich poczucie obowiązku, odpowiedzialności się skończyło. 

Łapy, jak widać na zdjęciu nie dało się ot tak złożyć, konieczna była operacja, śrubowanie czy tam drutowanie - Rudej ciężko powiedzieć, nie było jej przy tym. Dość powiedzieć, że całość imprezy zatytułowanej "Jaki śliczny rudy kot, weźmy go do miasta!" była dość kosztowna. 

I tu nastąpił nagły zwrot akcji, właściciele dowiedziawszy się, że będą musieli zapłacić za leczenie zrzekli się praw do kota. Nie przekonała ich możliwość rozłożenia płatności na korzystne dla nich raty. 

Tym sposobem gabinet "wzbogacił" się o 4 już kota, a Ruda kolejnego podopiecznego, którym musi się opiekować. Świątek, piątek czy niedziela do gabinetu trzeba maszerować nakarmić kociarnie, uprzątnąć kuwety, podać leki/kroplówki, "wymiziać". 

 

W tym wszystkim tylko kota żal. Kota, który mógłby sobie teraz polować na polne myszy, a musi siedzieć w klatce... z drutem w jednej z tylnych łap. 

niedziela, 26 sierpnia 2012
historia z SORem w tle - część druga

Druga część, jakże mrożącej krew w żyłach historii, miała zostać opublikowana wcześniej, niestety z przyczyn niezależnych od Rudej stało się inaczej. Obsuwa wiąże się oczywiście z ciekawymi przypadkami w gabinecie, które zamierza tu opisać ku przestrodze i pokrzepieniu serc. 

Wróćmy może jednak do nieszczęsnego palca, który obecnie pokrył się wszystkimi odcieniami zieleni i fioletu, a którego paznokieć trzyma się na przysłowiowe słowo honoru. Rudej nie pozostało nic innego, jak tylko nadać mu imię i serdecznie go pożegnać. Jakkolwiek, cofnijmy się w czasie... . 

 

Kiedy Ruda wsiadła do tego nieszczęsnego samochodu, zapięła pas, z jej oczu popłynęły łzy. Nerwowo przeszukiwała portfel w celu zalezienia karty NFZu (nie wiem, jak jest w innych regionach, ale Śląsk ma swoje plastikowe karty;)). No nie było. Brat sprawdził, nie ma, a być powinna. Wpadłszy do domu, wywaliła wszystkie teczki z dokumentami, wszystkie zeszyty do góry nogami i usiadła załamana, zalana łzami na łóżku. "No, nie ma! Nie ma i nie będzie!" - pomyślała, choć może ciut mniej kulturalnie. Zbiegła po schodach, wsiadła do samochodu i ruszyli na SOR mimo braku karty. Okazało się, że na Śląsku nie jest problemem brak karty czy zaświadczenia od pracodawcy rodziców, że jest się ubezpieczonym, wystarczy legitymacja studencka, w Lublinie musiałam się wykłócać o zarejestrowanie mnie do lekarza! 

Wiekowa pani recepcjonistka zabrała moją legitymację i dowód osobisty, a potem zniknęła nie wiadomo gdzie. Ruda wysiedziała się ponad godzinę w poczekalni, zanim trafiła przed oblicze młodego, przystojnego lekarza. Uroda była zdaje się jego jedyną wielką zaletą. Przeprowadził wywiad, na wieść, że najpierw rozcięła sobie palec ampułką, a potem przytrzasnęła sobie palec drzwiami i śmie prosić o antytoksynę tężca, przewrócił oczami, po czym odezwał się słowami: 

 

- Była Pani szczepiona 2 lata temu, szczepienie jest ważne 10lat, Pani się tak urządziła w gabinecie weterynaryjnym! Tężec przenosi się przez brud!

 

Rudej nie udało się wytłumaczyć, że czysty gabinet, sterylna sala operacyjna to jedno, a zabłoceni pacjenci to drugie. Palca stłuczonego obejrzał, rozciętym nie zainteresował się wcale, za to zainteresował się koszulką Rudej (koszulką wydziału Medycyny Weterynaryjnej UP w Lublinie).

 

- Pani pracuje ze zwierzętami? - po chwili zaś dodał - To chyba nie jest Pani najszczęśliwszy dzień, niech Pani wróci ze szpitala prosto do domu, położy do łóżka i obłoży poduszkami. Niech się Pani broń Boże nigdzie już dzisiaj nie rusza!

 

Na to pytanie Ruda wstała, odwróciła się doń plecami, co nie było zbyt kulturalne, ale w dalszym ciągu paluch ją napieprzał równo, ukazując olbrzymie logo: 

źródło: http://www.weterynaryjne-pogotowie.pl/

 

Wysłał na RTG. Zdjęcie obejrzał, Rudej pokazał i nagle zapytał, czy przypadkiem ten rozcięty nie powinien być zszyty. 

 

-Panie doktorze - rzekła Ruda - gdyby nadawał się do szycia, to już byłby zszyty.

-Ah tak, faktycznie! * Wie Pani, jak się Pani znudzi, to zapraszam, w celu obejrzenia prawdziwego zwierzyńca, na SOR w sobotnią noc. 

 

Tu nastąpiła pogawędka o tym, gdzie Ruda studiuje, dlaczego tak daleko, padło też stwierdzenie, że Lublin to dziura (wybacz mi Lublinie, ale taka prawda!). Palec polecił mi smarować Liotonem1000 (mhm!), trzymać wysoko i stosować okłady z lodu. 

 

-Będzie boleć. - zażartował na koniec.

 

Rozcięty palec w ślimaczym tempie się zrastał, kciuk pokrył się pięknym, głębokim fioletem (krwiak wylewa się spod płytki paznokciowej), heparyna zalecona przez lek. meda z SORu pomogła tylko na krwiaki z dłoniowej powierzchni palca. Dr. B. zbulwersował się tym, że nie zostałam zaszczepiona, polecił mi obserwować palucha, a gdyby mi puchł, coś się z niego sączyło, albo cokolwiek innego, co wiąże się z procesem zrastania, polecił jechać z powrotem do lek. meda, a gdyby w dalszym ciągu nie chciał podać antytoksyny to do Szpitala Chorób Zakaźnych czy jak on się tam nazywał. Całe szczęście wycieczki przez pół GOPu nie trzeba było robić. 

 

Obecnie wszyscy, którzy spotykają Rudą rechoczą z niej co niemiara. Dziś na przykład, gdy spotkała dr. W. ten zapytał: 

- Palce Cię przypadkiem nie bolą?!

 

Zaprawdę, bardzo śmieszne! Bardzo śmieszne!

 

*Tu zaczął się wywód, że w sumie co za różnica czy kot, czy człowiek. Dyskusja trwała, a wypis się wypisywał. 

 

NIEFAJNY JEST TYLKO CZAS OCZEKIWANIA NA PRZYJĘCIE W SZPITALNYM ODDZIALE RATUNKOWYM. Robienie sobie przerw co rusz to nie jest dobry pomysł, IMHO.

13:39, raggafaya
Link Dodaj komentarz »
środa, 22 sierpnia 2012
historia z SORem w tle.

W sobotę do gabinetu wpadli państwo z psem razy Alaskan malamute, którego prawe jądro powiększyło się do monstrualnych rozmiarów (było mniej więcej wielkości grejpfruta). U 10 letniego samca w badaniu wykryto atrofie drugiego jądra. Właściciele umówili się na zabieg usunięcia chorego jądra i tak o to wczoraj na stole leżał u nas przepiękny samiec, dający niesamowity popis wokalny. Doktor uprzedził zarówno personel jak i właścicieli, że alaskany z reguły źle reagują na znieczulenie. Wyją także podczas wybudzania. I faktycznie, wysłuchaliśmy niezwykłego koncertu.

 

W tak zwanym między czasie Ruda została poproszona o przygotowanie 1cm Relanium. Szybko oddaliła się więc do odpowiedniej szafki (narkotyki trzymane są pod kluczem), wyjęła ampułkę z nowego opakowania, odpowiednio złapała i… trach z palca trysnęła fontanna krwi.

źródło foto: http://www.niepelnosprawni.pl/

I.BEIJES

 

Okazało się, że użyła zbyt małej siły, żeby całkowicie złamać szyjkę ampułki. Lek przekazała drugiej dziewczynie, wraz ze strzykawką – praktykantka z klasy maturalnej, nigdy nie nabierała innego leku niż Penicilina*, a sama udała się do łazienki tamować krwawienie, po drodze znacząc wszystko na czerwono. Pozwoliła przez chwilę skapywać krwi do umywalki. Ucisnąwszy, dość płytką, ranę palca wskazującego prawej ręki wróciła do gabinetu, gdzie młoda zmagała się z ampułką. Ruda nabrała lek, podała go lekarzowi, który zaraz po podaniu dożylnym Relanium pacjentowi zajął się palcem Rudej:

 

- 10 minut ucisku i ściągasz. - rzucił dohtor

- Jasne.

 

Po 10 minutach okazało się, że Ruda krwawi dalej. Było to już na Sali operacyjnej. Ruda z drobną pomocą młodej zawinęła sobie palec po raz drugi, niestety w niecałe 10 minut później z siniał.

 

-Nie jest Ci słabo? – zapytała dr A.

- Nie, a dlaczego miałoby mi być słabo? – odparła Ruda

 

 

Szybko ściągnięty opatrunek, ponowne oczyszczenie rany i założenie lżejszego.

 

 

- Łe, taka pierdoła, szyć nawet nie trzeba, ale pojedź sobie do Biskupic, tam Cię zaszczepią przeciwko tężcowi.

 

Krew przestała cieknąć, w między czasie przyjechał brat ze słoikiem, w które zostało zapakowane jądro psa (zalane formaliną), a które trafić ma do histopatologa w celu zbadania z jakim nowotworem mamy do czynienia (najczęściej są to nasieniaki i sertoliomy czyli guzy z komórek Sertoliego** GDYBY KTOŚ CHCIAŁ ZOBACZYĆ JAK WYGLĄDAŁO OWE JĄDRO WYSTARCZY WPISAĆ W GOOGLE GRAFIKA: SERTOLIOMA). Ale to nie był koniec przygód Rudej! W końcu jakoś na SOR trafić musiała.

Brat zadzwonił z wiadomością, że czeka ze słoikiem pod gabinetem, Ruda w podskokach więc do niego pobiegła, przez chwilę z nim porozmawiała, zabrała słoik i wysiadając… przytrzasnęła sobie kciuka lewej ręki. Nie pytajcie, jak to zrobiła, bo sama nie ma pojęcia… dość powiedzieć, że palec znajdował się w samochodzie, przy zamkniętych drzwiach, a Ruda nie mogła ruszyć w stronę gabinetu. Położyła więc słoik (położyła, nie rzuciła! To się nazywa opanowanie!) na chodniku i delikatnie zaczęła otwierać drzwi, licząc na to, że palec będzie w jednym kawałku.

Był! Ale ból był niemożliwy, Ruda dosłownie zgięła się w pół i przez dobrą minutę bardzo głęboko oddychała. Podniosła słoik z ziemi i jak gdyby nigdy nic weszła do poczekalni. Zastukała do gabinetu (poczekalnia była zapchana pacjentami), położyła gdzieś słoik, wbiegła do laboratorium, ściągnęła bluzę, założyła koszulkę i wyleciała jak z procy z powrotem do samochodu, po drodze zgarnęła torbę z dokumentami i porozmawiała z młodą o tym, co jeszcze powinna dzisiaj w gabinecie zrobić. Rzuciła dohtorowi, że leci z palcem na SOR i tyle ją widzieli.

Zanim jednak odjechali zaczęli we dwójkę, Ruda i jej brat, przetrzepywać portfel w celu znalezienia karty NFZu – bez dowodu ubezpieczenia nie ma sensu jechać do szpitala z taką ‘pierdołą’. I tu odezwało się Prawo Murphego, karta zawsze była w portfelu między dowodem a kartą euro26, tym razem jej nie było. Pojechali więc do domu, Ruda już wyła z bólu, a jest typem raczej na ból odpornym, gdzie Ruda wysypała wszystkie dokumenty na podłogę… . Karta wyparowała!

 

C.D.N 

 

*trochę inaczej nabiera się lek z ampułki niż z normalnego „słoiczka”, poza tym sam fakt nabierania narkotyku jest stresujący.

** komórki Sertoliego to komórki podporowe budujące ścianę kanalika krętego (nasiennego) jądra, znajdują się pomiędzy komórkami plemnikotwórczymi, ich zadaniem jest regulacja procesu spermatogenezy po przez wytwarzani szeregu substancji, tworzą także barierę krew-jądro.

wtorek, 14 sierpnia 2012
Szara Przystań

 

baner

"Szara Przystań to miejsce, z którego elfy rozpoczynały podróż do swojego prawdziwego domu. Do krainy zwanej Valinor, gdzie miały żyć wiecznie i szczęśliwie. Opuszczały świat zagrażający im postępującą cywilizacją, nietolerancyjnymi ludźmi. Opuszczały świat, w którym czuły się niechciane i do którego nie pasowały. 

Zwierzęta, które zobaczysz na tej stronie są właśnie takimi elfami. 

Świat im nie sprzyjał, nie miały szczęścia, nie doznały miłości, niektóre z nich zostały bardzo skrzywdzone przez ludzi. Część z nich była po prostu niechciana. Zostały wyrzucone lub oddane do schroniska, bo człowiek traktował je, jak nic nieczujące istoty, postępował lekkomyślnie i nie liczył się z konsekwencjami. 

Wszystkie szukają swojego szczęśliwego miejsca na Ziemi, chcą wreszcie poczuć się bezpieczne i kochane. 

One są naszymi elfami, a my ich Szarą Przystanią, do której przybywają, by się uchronić od strasznej schroniskowej lub ulicznej rzeczywistości, aby odzyskać siły na podróż do swojego prawdziwego domu. Gdzie czeka je szczęście, miłość, pełna miska i własne miejsce, aż po kres ich dni. 

Pamiętaj! Bierzesz odpowiedzialność za życie swojego pupila, adoptując go.
Musisz być jego opiekunem i przyjacielem.
Musisz kochać go bez względu na wszystko.
Musisz chcieć mu pomóc.

Zwierzę nie ma spełniać Twoich oczekiwań i kaprysów, ono jest takie, jakie jest i to Ty musisz to zaakceptować. Nie może być zachcianką, a tym bardziej zabawką. " 



 Fundacja Pomocy Zwierzętom Bezdomnym "Szara Przystań"

Zabrze , 41-800
Ul. E. Czogały 9

KRS : 0000288303
NIP: 648-264-54-76
IV od. PKO BP SA w Zabrzu 27 1020 2401 0000 0202 0240 5868
http://www.szara-przystan.pl/

 

 //źródło tekstu i banera: strona Fundacji Szara Przystań//

poniedziałek, 13 sierpnia 2012
wege... fanatycy

Ruda musi przyznać, że wyrosła już z rozmów z prawdziwymi katolikami, którzy nie znajdują żadnych logicznych argumentów, którzy nie mają pojęcia o polityce kościoła (o tym jak rączka rączkę myje i całej reszcie), ale wyrosnąć z rozmów z wegefanatykami (nie mylić z WEGETARIANAMI!) nie może. 

 

Taki nałóg... . Lubi patrzeć jak im piana z ust cieknie, kiedy ktoś nie zgadza się z ich poglądami lub co gorsza stwierdza, że lubi mięso, jak Ruda. I uwielbia ich argumentację, z początku racjonalną, która wraz z trwaniem dyskusji zmienia się w agresywny bełkot. 

 

Hitem dzisiejszej jest argument traktujący o skali zanieczyszczenia środowiska, którego źródłem są pastwiska/czy ogólnie ujmując hodowle zwierząt tucznych. Moi drodzy pamiętajcie nawożenie roślin, zwiększające plony, zmniejszające zachwaszczenie, zwalczające grzyby, bakterie i wirusy, nie wywołuje żadnego wpływu na środowisko!

 

Obiecuje solennie omijać wegefanatyków, katolików w moherowych czapeczkach i całą resztę zaślepionych jakąkolwiek ideą. Albowiem rozmawiać z nim NORMALNIE nie można. 

 

Ruda, 

prowokatorka

19:53, raggafaya
Link Komentarze (10) »
sobota, 11 sierpnia 2012
WorldWideVet - przygoda w Azji

Zastanawialiście się kiedyś, jak wygląda praca lekarza weterynarii poza granicami Rzeczpospolitej Polskiej? Ruda była i jest cholernie ciekawa, dlatego polecałam Wam bloga Natalii (studentka SGGW, której pasją są zwierzęta wolnożyjące), a teraz polecić pragnie Wam bloga Grzegorza (absolwenta wrocławskiego Uniwersytetu Przyrodniczego). 

 

foto Grzegorz Pełka (autor polecanego bloga)

 

Jak WorldWideVet (czyli Grześ) znalazł się w Tajlandii? 

Najnormalniej w świecie! Znalazł ogłoszenie Gemmy Ashford na popularnym portalu społecznościowym, na które odpisał ... jakiś czas później wsiadł w samolot i poleciał. Dopiero z początkiem października wróci do Polski z milionem kolorowych wspomnień, którymi już w tej chwili dzieli się z Nami. 

Od lipca jest wolontariuszem w  Baan Unrak Animal Sanctuary w Sangkhlaburi. Jest jedynym lekarzem weterynarii w promieniu czterech godzin jazdy samochodem. Brzmi obiecująco, prawda? 

 

Po tym przydługim i jakże nudnym wstępie nie pozostaje nic innego jak tylko zaprosić Was w gościnę do 

WorldWideVet,


który lepiej opowie o tym, czym się zajmuje. W końcu to On, nie Ruda, wyjechał na koniec świata! 

 

wtorek, 07 sierpnia 2012
Po ciężkim dyżurze...

 

psu należy się nagroda w postaci cielęcej kości miednicznej 

 

 

Usilnie odchudzamy psa. 90gram suszu + mięso z puchy (autentycznie polecam produkty Animody, nie ma w nich ani grama galarety, samo mięso!). Z prawie 19kg zeszliśmy do 17,4kg (ważony dzisiaj). Pies chudnie, ale Ruda nie (ale też nie tyje!). Im lżejszy będzie, tym lepiej dla niego i dla nas (w szczególności jeśli łapę trzeba będzie odjąć). 

Guz, z łopatki (brak komórek nowotworowych, histopatolog w pobranej biopsji znalazł tylko komórki tłuszczowe), od kwietnia nie urósł. Stale ma 5cm, co 2 tygodnie jest mierzony. Jeśli zacznie się powiększać Ruda zawlecze psa na kliniki do Wrocławia (do dr. Hildebranda). Póki co jest pod stałą kontrolą dr. B., któremu Ruda ufa, jak nikomu innemu. 

17:55, raggafaya
Link Komentarze (4) »
sobota, 04 sierpnia 2012
Panacur we włosach...

... potargał wiatr. 

 

panacur pasta

Panacur - środek odrobaczający.

 

Bardzo miły kotek - ze świerzbowcem usznym - postanowił większą część podanego mu leku wypluć wprost na mój uniform, włosy... . Trzeba przyznać, że chłopak miał gest. 

 

Bardzo mili państwo, którzy codziennie z psicą przychodzą na kroplówkę (dziewucha walczy z ostrym zapaleniem wątroby, na szczęście wraca jej apetyt!), zgodzili się na to, żebym podawała jej leki. To strasznie miłe, kiedy ktoś mówi: Proszę, nie ma problemu, niech Pani ćwiczy. 

Tagi
Tutaj zawartość trzeciej szpaltyNajlepsze Blogi