chciałoby się rzec noworoczne, ale nie... styczniowe. Ruda od dziś nie pije nalewek, cytrynówek, pomarańczówek (produkcji własnej i przemysłowej, zdradziecki trunek, choć smaczny), wódki i całej tej reszty. Żołądek wczoraj powiedział dość, czemu się nie można dziwić. Na początku tygodnia nie przyjmował żadnych pokarmów poza kisielkami, budyniami, co magicznie obniżyło wagę do 56kg. Od środy, czy też od czwartku, pochłaniał skromne porcje normalnego jedzenia, stąd Rudej się wydawało, że napić się z chłopcami może. Ruda została wyposażona w colę, wodę, piżamkę i poszła spać. I choć raz nie bujało nią jak na statku podczas sztormu.
Ruda umierała wczoraj, chłopcy umierają dzisiaj. Żołądek trzeba oszczędzać na oblewanie miejmy nadzieję udanej rekrutacji na studia.
W związku z utratą wagi okazało się, że Ruda nie ma co na siebie włożyć, bo wszystko jest za luźne, wygląda więc w swoich ciuchach jak w worku po ziemniakach, sama tego chciała...
Całe szczęście, że ON jest wyrozumiały i taki opiekuńczy.
ON: Przyzwyczajaj się, taki już los studenta.
JA: O Jezuuu.
ON: Jezusa w to nie mieszaj.
Szkoda tylko, że dziś już wracać trzeba.